Ostatnie wpisy
Zakładki:
Linki
|
niedziela, 31 stycznia 2010
piątek, 29 stycznia 2010
środa, 27 stycznia 2010
Niezbędnik
Rzeczy niezbędne NAM w podróży do Tajlandii i Kambodży: 1. Kompas 2. Scyzoryk 3. Leki przeciwbólowe, przeciwbiegunkowe, strzykawka (do nalewania w male buteleczki pkt. 4, do plukania ucha - na miejscu nie idzie kupic) 4. Wysokoprocentowy alkohol do stosowania doustnie (mielismy litr wodki pol na pol ze spirytusem z miodem, na skorce pomaranczowej i cytrynowej) 5. Mapa nieba 6. Cienki mocna linka 7. Bandany 8. Niezbednik - lyzka, noz, widelec 9. Ladowarka do baterii 10. Porzadna paszportowka lub/i pas na biodra z kieszeniami 11. Zatyczki do uszu 12. Mala lornetka 13. Niezwykle przydatne gumowe buty plazowe 14. Latarki na baterie (najlepiej czolowki) 15. Wodoodporna torba plażowa (do kupienia na miejscu) Rzeczy zupełnie zbędne: 1. T-shirty i inne szmaty (na miejscu za grosze, duzy wybor - wyjatkiem sa koszulki bez rekawow, ale nie takie na ramiaczka - tego jest od groma) 2. Moskitiera (wszedzie byly zamontowane) 3. Obuwie letnie (klapki mozna kupic juz od 3 zlotych, ekstra sandaly - niecale 20) 4. Zapas bielizny - dwa zestawy starcza w zupelnosci, wyprane szybko schna, laudry od 25B/kg 5. Reczniki (zawsze daja, jak nie daja - mozna poprosic i wtedy daja) 6. Fajki - lokalne ogolnie dostępne, nadające się do palenia i tanie. W Kambodży: 0,3 USD za grube mentolki, cieniasy za 0,7 USD. W Tajlandii: 40 (lokalne mentolki grube) - 70 (Marlboro) bahtow 7. Środki czystości, repelenty i kremy z filtrem - dostępne w każdym 7eleven za grosze 8. Zupki chińskie instant ;-) 9. Lonely Planet - ciezkie toto, a interesujacych nas informacji nie bylo. Na miejscu wszystko do dostania lub kupienia (mnostwo antykwariatow) 10. zamkniecie do roweru z opcja ze do plecakow - do wypozyczanych rowerow daja, w autobusach i pociagach nie trzeba - bezpiecznie, na miescie plecaki zostawialismy w guesthousach (za drobna oplata) lub w knajpach (darmo) Kible Part II
![]() 1. Standard A wiec na miescie - na Malysza, kran, wybetonowany basenik z woda, plastikowy czerpak. Mydla brak. W zwiazku z brakiem papieru tajemnicza sprawa jest technika podmywania. Poniewaz lokalsi w prawej rece trzymaja lyzke, ktora jedza, a w lewej widelec (lub paleczki), ktorym nakladaja zarcie na lyzke, bo lewa jest nieczysta, wiec wydaje sie, ze czerpia wode prawa raczka, wylewaja ja na lewa raczke itd. Moje proby zakonczyly sie potopem i brudna d... 2. Wypasiony standard (dworce autobusowe itp., pociag) Malysz jw. + maly prysznic na wezu do podmywania po prawicy Malysza. Z tym juz idzie zyc. Przy odrobinie szczescia i pieniazkow, pani wydaje papier toaletowy. Mydla brak. 3. Super wypasiony standard (guesthouse'y, lepsze knajpki) Zachodni sedes + showerek. 4. Super extra wypasiony nadstandard (lotniska, porzadne hotele, porzadne knajpy) Wiadomo. Bangkok - Szeremietiewo - Warszawa
Rano juz z plecakami oczekujemy na busik na lotnisko pod guesthousowa knajpka. Przeprowadzam dluga, przyjacielska rozmowe z kierowca tuk-tuka, oczywiscie glownie za pomoca gestow, mimiki, okrzykow, pokazywania na palcach i kilkunastu slow - rozmowa byla burzliwa, czasem ironiczna, czasem przerywana wybuchami smiechu z klepaniem sie po udach. Innemu panu, tredowatemu chiba bo paluszki mial skrocone do 1/3 i cos z nosem, ktory sypial na chodniku pod naszym 7 Eleven, podarowalem resztke naszych tajskich pieniedzy, nadstawil zrujnowana dlon, zlozylem mu szmalczyk na wielkim wrzodzie posrodku, nawet sie nie usmiechnal ... Poniewaz podczas pierwszego pobytu w BKK moje prawdziwe buty zostawilem w hotlu bo wolaly jesc, na koniec mialem tylko kubanskie klapki i lokalne japonki wiec dokonalem zakupu krytych bucikow coby nie wystepowac na mrozie jak idiota. Ku swemu zdzwieniu odkrylem ze jeden z panow z obslugi hotelu zadaje szyku w moich starych butach, podklejonych, poszytych i wyczyszczonych, nawet ladnie mu bylo, tylko troche przyduze :)) Duza sie widzi na ulicy Clinic Shoe gdzie pan na kawalku tektury rozklada swoj warsztat szewski przywracajac zycie nieprawdopodobnie zdezelowanym egzemplarzom. Na internacjonalnym transferze moskiewskiego Szeremietiewa syf, drożyzna (wypilem chyba swoj najdrozszy sok jablkowy w zyciu - 205 rubli czyli jakies 5 euro), nie ma gdze usiasc, wszystko pozamykane, no sto lat za murzynami dziady kalwaryjskie. W koncu zakotwiczylismy w Irish Pub przy jakims sybirskim browarze. Podsluchalem sprawozdanie jakiegos ruskiego czarnodupca z pobytu w Tajlandii, chwalil bardzo pingpongshow w Bangkoku gdzie dziwki strzelaly pileczkami z cipek a takoz nimi otwieraly cocacole i palily papierosy, chyba dobrze ze nie poszlismy choc nas naganiano. Trasa lotu: Polska, Białorus, Rosja, Kazachstan, Uzbekistan, Afganistan, Pakistan, Indie, Nepal, Bangladesz, Birma, Tajlandia. Bilans finansowy: 2800PLN/leb za Aeroflot Warszawa-Bangkok-Warszawa, 635 USD na osobę na miejscu (bez oszczędności, bo 300 USD przywiezlismy z powrotem - noclegi w guesthouse'ach, przejazdy wszelkimi srodkami transportu lądowo-morskiego, dużo jedzonka, alkohol przy takim upale nie bardzo wchodzi) wiza Kambodzanska 25 USD (na miejscu do zalatwienia za 20), 500 zlotych - bilet lotniczy z Chiang Mai na Ko Samui. Razem - niewiele ponad 5000 zl na paszczę. A moze jeszcze Generali odda 30 dolców za lekarza... Zimno tu jak cholera.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Bangkok - Floating Market & Grand Palace
![]() Z rana ruszylismy busikiem na oslawiony bazar na wodzie w Damnoen Saduak. Okazalo sie, ze jest on 100km od Bangkoku. Wyglada niezwykle uroczo ale z bliska uderza komercha i przasnym syfem. Nacykalismy fotek, kupilismy pare pamiatek, olalismy Cobra Fight Show (pan drazni sie z kobrami indywidualnie i zbiorowo, pokazywal mi nagranie niemiecki turysta), most na rzece Kwai, farme krokodyli oraz Tiger Temple z tygrysami na smyczach, wrocilismy do bangkokowego guesthousu i po refreshingu wyskoczylismy tuk-tukiem do Krolewskiego Kompleksu Palacowego, Szmaragdowy Budda ble, ble .... Zolnierze pelniacy warte przy bramie wyrazili w imieniu Jego Krolewskie Mosci Kima watpliwosci co do mojego stroju (krotkie spodenki i koszulka ze szczatkowym rekawkiem). Wiec olalismy Kima i dobrze bo wrocilismy spacerkiem nadrzecznym bulwarem pelnym straganikow arcyciekawych. Nadrobilismy zaleglosci zakupowe i zasiedlismy w knajpce na Rambutri (taki mniejszy i przyjazniejszy Kao San) nieopodal naszego hotla. Zamowilismy owoce z musli i jogurtem pod soczki. Nieopodal siedzialo siemrane towarzystwo z panem nurem internacjonalnym, ktory przyprawial nasza kelnerke o chroniczne womity wrzodami i smrodem. Z wdziecznym usmiechem sorrowala i w tej milej atmosfere uplynal nam podwieczorek. Spakowanismy i gotowi na jutrzejszy poranny start na lotnisko. Bedziemy we Wawce jutro poznym wieczorem, kurde tu +35 tam minus 20 a po drodze Szeremietiewo ... Troszku smieszno troszku straszno. PS W swiatyni wierni za datek nabywaja po kwiecie lotosu, kilka kadzidelek i swieczuszce a zasobniejsi nabywaja kopertke ze zlota folia (jakis cal kwadratowy) ktorym to zlotem obklejaja figurki Buddy wygladajace od tych wotow jakby mialy zlota luszczyce ... ![]()
niedziela, 24 stycznia 2010
Bangkok - lokalna Sluzba Zdrowia
![]() Niestety musialem skorzystac. Aptek mnostwo ale obsluga niekumata do bolu. Za to znalezlismy Health Center w malym baraczku gdzie za 300B mila, mloda Tajka, zajrzala w ucho, wyklad uczynila caly, recepte przepisala i wogle jestem baaardzo zbudowany. moze nawet nasz Insurance nam zwroci kase. Z tej radosci poszlismy na Kao San na 'Fish massage', siada sie na skraju basenu 3x3 wklada sie wlasne kopytka (pan mi poobklejal plastrami wszystkie rany na nogach* coby zarlacze nie poglebily) a setki rybek rzucaja sie i obskubuja je ku wielkiej uciesze i laskotkom. Sciany pokryte sa miezdunarodnymi inskrypcjami z wrazeniami, nawet po polsku znalezlismy ... * rany powstaly gdy w pogoni za sliczna rybka na Ko Chang wplynalem nad skalke pokryta polowkami martwych skorupiakow (ostre jak brzytwy) i nagle woda mi odplynela won .. Maly Ko Chang (pod Ranong)
![]() Po rozlicznych porturbacjach 4 dni temu wyladowalimy pod wieczor na przystani long tail boatow pod Ranong pod sama birmanska granica na wybrzezu Morza Andamanskiego. Burdel totalny, bloto po pachi, wypasione rude szczury walesaja sie w tym blocie, smierdzi jakby sie stado malp parzylo, dzuma i syfilis zeby sciagnac z Baniewicza. Jestem coraz bardziej przerazony, moje marzenia spedzenia kilku cichych dni nurkujac w raju wydaja sie odplywac w niezbadana przyszlosc. Kerowca bombowca odpala zdezelowanego diesla i wyplywamy dlugim portowym korytarzem na morze. Na horyzoncie mnostwo wysepek kazda z wielka, zadzunglona gora posrodku. Po niespelna godzince plyniemy wzdluz plazy, zmierzcha, ludzie wysiadaja wprost do wody na licznych przystankach. Plyniemy dalej bo plynaca razem z nami tubylka z zapasami browaru i lodu zapewniala ze gdzies tam jest very quiet place, bungalowy po 200B (przypominam 100B=9PLN), na plazy pod palmami itd itp. Akurat! Nie wierze francy ani ani. Jeszcze wspominam banner reklamowy ze nasz Ko Chang jest jak Ko Samui z lat 80', diabli wiedza co to bedzie znaczyc. W koncu wysiadamy przy betonowym pirsiku. Nie ma wolnych bungalowow! Idziemy dalej plaza. Co kilkadziesiat metrow jest recepcja kolejnego resortu (pelniaca tez funkcje baru, malej restauracyjki, wypozyczalni roznosci, czasem mini-sklepiku) majaca do wynajecia kilka bungolowow. Idziemy dalej - brak miejsc! Kuuwa co jest grane? Ludzi wcale nie widac, plaza pusta, gdzie oni sie wszyscy podziewaja? Jak sa to naogol jednego rodzaju, szczupli panowie po 50ce z kucykiem wytatuowani w zestawach po dwoch lub pojedynczo - aaabsolutnie nieszkodliwi, cisi i potulni. W koncu jest wolny bungalow za 350B ale za nim jest kanal bez wody ktory po portowych doswaiadczeniach w polmroku wydaje mi sie byc lokalnym exporterem malarii i malajskiego zapalenia mozgu. Idziemy dalej, ponoc za kilka resortow swiat sie konczy. Kotwiczymy w koncu w 'Nature View Resort' gdzie przemila tajka wrecza nam klucze do domku na palach za 250B, wielka lampe naftowa wraz z krotka instrukcja obslugi. Nasz bungalow ma sciany z mat, taras z hamakiem, kibel, shower, wielkie loze pod moskitiera i wzmiankowana lampe do ktorej pani doklada nam swiece :). Okazalo sie potem ze kazdy resorcik ma baterie sloneczna ktora starcza tylko na oswietlenie recepcji, knajpki i tych paru sciezek do bungalowow. Nazajurz okazalo sie ze jestesmy naprawde w raju - malaryczny kanal okazal sie byc czystym wylotem jakies rzeczki, tylko olbrzymie dobowe roznice poziomu wody (na moje oko jakies 2m, minimum kolo 8AM maksumum 2PM) ogolocily ja z wody. ![]() W okolicach pirsiku gdzie wyladowalismy zaanektowalismy przeurocze skalki, rano spacerujesz po plazy ploszac kraby a za pare godzin nurkujesz wsrod skalek w tym samym miejscu. M. dzielnie plywala z rurka, czasem nie szlo jej wygonic z wody i spalila sobie dupe. W kazdym resorciku daja mniamniusne jedzonko, zero ludzi, kraby rozniste (piaskowe toczace sie po plazy z wiatrem i zielone z blekitnymi szczypcami i cos jak pustelniki malutkie w wypozyczonych muszelkach) jaszczurki, robale, rybki, tukany, małe czaple lazace po plazach, drapiezne bialoszyje rdzawo-czarne drapiezne ptaszyska cos jak nasze rude kanie (nazwijmy je roboczo orlami andamanskimi, sprawdzi sie), wielkie szare w czarne plamy pijawy (jak moje ramie), gigantyczne wije, motyle i szerszenie. O swicie budza nas przedziwne odglosy zza sciany, jakby kto odpalal zdezelowane pompy na kilkanacie sekund w roznym miejscach dzungli. To robale jakies kurde sa, cykady czy inne swinstwo. Znalezlismy tez zdechlego patyczaka dlugosci 20cm i grubego jak palec. No i widzialem chrystusa!! Chodzil po wodzie!! Chrystus byl 15 centymetrowa rybka z wielka glowa, bez ogona ale za to z oczami na szypulkach, ktora lazi po skalach na pletwach piersiowych a sploszona popyla w drobniutkich podskokach PO powierzchni wody. Cud, cud, cud! Anioly i lewitacja ... Podgladalismy potem cala rodzine chrystusow pod woda, przytulaja sie do skaly w szczelinach dzielnie walczac z pradem ![]() Po trzech dniach syci wrazen i spaleni sloncem odplynelismy rano long tailem, ze szczurzego portu zabrali nas z plecakami na skuterki do bus station, 10h w autobusie i znow jestesmy w KC w BKK, uffff ... PS Podrozowalismy w sumie - rowerem, tuk-tukiem, busikiem, pickupem, taxowka, skuterem, sloniem, bambusowa tratwa, wielkim feriboatem i malym drewnianym promem, long tail boatem, pociagiem, autobusem i airbusem linii BKK Airlines, tylko chyba balonu i metra brakuje nam do kompletu ale poszukamy ... Sija ... Powrot do cywilizacji
Jestesmy z powrotem w mlynie. Wczoraj przyjechalismy do Bangkoku. Wczesnie rano najpierw ok. godzine lodka, potem 11 godzin autobusem, potem z dworca minibusem ze zlodziejami kierowcami (zdarli z nas po 18 zeta od osoby, na tutejsze warunki to skandal) i juz jestesmy. Co wczesniej - napiszemy pozniej. Nasze marzenia dotyczace ciszy i spokoju spelnily sie z nawiazka. Nie pisalismy, bo nie bylo internetu. Ba! Nie bylo pradu! Za to byla plaza, pyszne jedzonko, kraby, rybki i odglosy prawdziwej natury, a nie takiej niemieckiej na wakacjach (chociaz sasiadow innej nacji nie spotkalismy) ;-)
wtorek, 19 stycznia 2010
Nathon - Suratthani - Phang Nga
Z portu "pieknej" Ko Samui, po dniu spedzonym na spacerkach po okolicach portu rybackiego [walilismy browar na nabrzezu wsrod powracajacych z polowu kutrow i straganow z roznymi-roznistymi wieloodnozowymi, chitynowymi stworzonkami upolowanymi przez rybakow], przeplynelismy wieczorem dymiacym promem na staly lad. Gosia strzaskana na ciemny burak po rejsie lodka dzielila sie wrazeniami. Z promu pieknie bylo widac ciala niebieskie. Mariuszowi odwrocila sie ekliptyka i mial straszny problem mentalny, ale juz jest ok ;-) Z portu, gdzie przyplynelismy, a ktorego nazwy nie znamy, zgarnal nas bus do Suratthani. Tam w hotelowym kolchozie spedzilismy noc. Dlugo przezywalismy fryz pana windziarza (tylko po wasach poznalismy, ze to pan). Od 7 do 8.10 rano czekalismy na zamowiony transport do Phang Nga. Tutaj troszke inaczej podchodza do punktualnosci...
Jechalismy busem z francuska para, ktorej meska czesc rzygala cala droge jak kot i byla koloru szczypiorku. Pan kierowca wpierw zawiozl go do szpitala zostawiajac nas w przydroznym 'zajezdzie' a potem chcial nas wyrzucic przy "main road", ale wielkim wysilkiem udalo nam sie zmusic pana do wydzwonienia transportu do miasta. Zafundowalismy sobie wycieczke by long tail boat (sternik tej lajby, staruszek kulawy bardzo sie stara za przewodnika ale ze gadal tylko w tym psim miejscowym narzeczu wiec szlo mu niesporo acz z wdziekiem) meandrami rzeki na piekna zatoke z wyspa Jamesa Bonda (Ko Ping Kan) i muzulmanska wioska rybacka na palach. Krajobraz przepiekny - wystajace z morza skalisto-zielone gory o nieprawdopodobnych ksztaltach, jaskinie, namorzyny. Urzadzilismy sobie kapiel zamiast zwiedzania straganow przy "palce" Jamesa Bonda - Gosia plywala w pelnym umundurowaniu (lacznie ze skarpetkami), nie chcac pokazac tlumom turystow fioletowej koronkowej bielizny. Bardzo smaczny dzien zakonczony pozegnalna kolacja z dziewczynami, ktore odlatuja do Birmy via Bangkok.
My sie wybieramy poplazowac na Wybrzezu Andamanskim w okolicach Ranong, ale poki co, autobus spoznia nam sie dwie godziny, dlatego tez piszemy :-( Sprobujemy sie dostac na ktoras z wysepek, coby pogrubasic sie w Oceanie Indyjskim ze 2 dni przed powrotem do Bangkoku.
Trzymajcie kciuki, zebysmy nie trafili na kopie Ko Samui (fuj)! Mariuszowi jeszcze nie przejadlo sie tajskie zarcie, choc dzis kupil se na droge puszki tunczyka w oleju, wiec moze idzie nowe ...
niedziela, 17 stycznia 2010
Ko Samui - turystyczny kolchoz VI kategorii
Na Ko Samui zajebiste jest tylko lotnisko. Na cala reszte spuscmy zaslone milczenia.
Gosia poplynela dzisiaj snorkowac do parku narodowego, cycus, a my z Kasia przemieszczalismy sie plaza, a jak sie plaza skonczyla, taksowka (K utargowala z wywolawczych 500B na 270, poza tym pan kerowca mial twarz przecieta na pol motyka i byl bardzo mily), w strone oddalonego od naszego miejsca noclegowego o ok. 20 km miasteczka portowego Nathon, gdzie czekamy na Gosie i na prom, ktory zawiezie nas na kontynent. Spadly 2 krople deszczu. Poza tym mam lekka sraczke.
piątek, 15 stycznia 2010
teraz kuwa ja czyli major
1. kible do podmywania jest maly prysznicek przy sedessie, jak nie ma sedesu to jest beczka z czerpakiem natrysk jest poprostu w scianie i czesc, zadnych brodzikow czy tp 2. ruch drogowy w tajlandii lewostronny, intensywny ale ludzie daja zyc, znaczy nie rozjezdzaja cie jak jedziesz jak czlowiek prawa, jednokierunkowe ulice miewaja pas dla rowerow w drugie strone, zwykle zajety zaparkowanymi tuk-tukami i innym badziewiem ale sa. zakret w prawo jest dla mnie nie do opanowania, zawsze zjezdzam po skrzyzowania prawa strona i czesc, widzac moje wariackie manewry ludzie zwykle tylko sie usmiechaja i zwalniaja dajac mi miejsce 3. upal kurewski, no czasem mam wszystkiego dosc, mozg staje lub pyrkocze na leciutkich obrotach bez ladowania aku moje metody to moczona przy kazdej okazji bandanka na moczonym przy kazdej okazji lbie w warunkach extremalnych, czyli 3x dziennie, moczyc nalezy przy kazdej okazji majtki i koszulke ... Chiang Mai - miasto swiatyn i bazarow
Na poczatku chcielibysmy zdementowac wszelkie plotki, jakoby bylo tu krucho z jedzeniem. Jedzenie jest wszedzie, brzuchy nam zwisaja do ziemi. Pochlaniamy litrami szejki owocowe (przepyszne), owocow bez liku, z czego wiekszosc widzimy po raz pierwszy. Twardo probujemy, wiekszosc pyszna. Jedzenie z grubsza wyglada na chinszczyzne, ale jest duzo bardziej fantazyjne (marchewka z ananasem, cebula, papryka, kalafiorem i sosem rybnym). Dzisiaj dziewczyny spedzaja kolejny dzien w samochodzie, a my od rana jezdzimy po miescie na rowerkach (straszne padaki). Widzielismy mnostwo swiatyn, niektore bardzo stare i przepiekne. Wszystko zyje. Mnostwo ludzi, kolorow, zlocen, posagow, zespoly muzyczne miaucza od ucha, pelno modlacych sie wiernych. ![]() ![]() Najbardziej do tej pory glowimy sie nad pewna figurka mnicha buddyjskiego. Mamy podejrzenia, ze to zywy czlowiek, ale 15 minut obserwacji z odleglosci 1,5 metra nie wystarczylo, zeby to potwierdzic albo obalic. "Facet" siedzial wsrod pozlacanych posagow w pozycji kwiatu lotosu z tajemniczym grymasem twarzy. Jedyny "ruch", jaki stwierdzilismy, to rosniecie wlosow w uszach i powiekszanie sie plam watrobowych na dloniach. ![]() Mamy zdjecie. Moze pojedziemy zrobic drugie, coby potem porownywac ;-) Wlasnie (przed 16 lokalnego czasu) obserwowalismy potezne zacmienie slonca (na oko ponad 70%), zrobilo sie chlodniej, ciemniej i ludzie pokazywali na niebo. Bazary maja tu kilkupietrowe, sprzedaja wszystko. Na slynnym nocnym bazarze ceny za to z kosmosu. Za szaliczek pani wystukala na kalkulatorze cene 5500 bahtow (na nasze 5 stow). ![]() Co do komarow, mamy podzielone zdania. Jednych gryza, drugich nie. Obie strony maja na swoje tezy dowody ;-) Lata sporo. Jutro okolo poludnia zzzzzzziu na Ko Samui, ktore podobno slynie z kokosow (kokosow z ryzem i cebula jeszcze nie probowalismy ;-)).
czwartek, 14 stycznia 2010
Doi Inthanon - slonie, rafting i wodospady
Dzisiaj rano ruszylismy busikiem na "prywatna wycieczke" do Parku Narodowego wyzej wymienionego. Najpierw kierowca Sam zawiozl nas do zajezdni sloni, gdzie po obfitym karmieniu sloni bananami sprzedawanymi na miejscu, umoscilismy sie na drewnianych laweczkach na grzbietach czworonogow. Trzy dorosle + jedno dziecko sloniowe luzem. Ruszylismy w dzungle przy szosie. Strome zejscia, kawalek rzeczka, bardzo mile stworzenia. Maly bawil sie po drodze, tarzajac sie w piachu i czochrajac o wszystkie pienki. Co chwila musielismy sie zatrzymywac, bo slonie wyciagaly traby w poszukiwaniu bananow. Tych bylo wszedzie pod dostatkiem w nadrzewnych budkach po 20 bahtow (jakies 1,80 zeta) za reklamowke. ![]() Po tym "szalonym" terenie kierowca zawiozl nas na brzeg rzeczki, gdzie wsiedlismy na tratwy 8x1m sklecone z bambusowych tyczek powiazanych oponami rowerowymi. Kolejne 40 minut zajal nam splyw. Spieniona woda w niektorych miejscach zalewala nogi (albo dupe, jak kto siedzial). Potem degustacja miejscowych specyjalow gastronomicznych. Mariusz zjadl grillowane flaki niewiadomego zwierzecia, my slodkie chipsy rybne, co poprawilismy miejscowym "rumem", jak nazywaja slodkawy bimberek i kawa z puszki. Potem pojechalismy w strone wodospadow, gdzie zobaczylismy najwiekszy w Tajlandii wodospad Mae Ya. Rzeczywiscie piekny, kaskadowy. Nikt nie wie, ile ma metrow wysokosci, ale jest spory. ![]() Potem wycieczka do kolejnego - Mae Klang, gdzie mielismy sie kapac, ale po obejrzeniu akwenu (tylko Mariusz zamoczyl cztery litery, ale tylko na chwile, wiec lazur wody nie mogl byc zachwycajacy), udalismy sie do malowniczej knajpki rozlozonej na bambusowych platformach tuz nad przelewajaca sie miedzy kamieniami woda. ![]() Bylo bardzo ciezko, ale udalo nam sie zamowic cos do jedzenia i picia. Po posilku wrocilismy do Chiang Mai i wlasnie kierujemy sie w strone nocnego bazaru. Jutro dziewczyny jada ogladac biala swiatynie w Chiang Rai i granice z Laosem i Birma (tzw. Zloty Trojkat), a my bierzemy rowerki i na spokojnie bedziemy zwiedzac miasteczko. PS. Zeby komentowac, juz nie trzeba sie logowac!!!
środa, 13 stycznia 2010
Ayutthaya - Chiang Mai
Po wypluskaniu sie w hotelu nad rzeka przy restauracji, w ktorej stolowalismy sie caly dzien, wsiedlismy do spoznionego parenascie minut pociagu nocnego. Miejsca mielismy siedzace, recznik wielkosci kolderki dali do przykrycia, wiatrak sie krecil, diesel lomotal. Dzieki naszej pomyslowosci, mielismy nawet miejsca lezace, jednak lezenie pod fotelami w pozycji embrionalnej, uwazajac, zeby nogi za bardzo nie wystawaly w przejsciu, pozwalalo zaledwie na krotkie drzemki. Dojechalismy na miejsce przed 8, hotelowa taksa zawiozla nas do SK Guesthouse. Pokoje bardzo porzadne, mimo ze kibelek (mniej porzadny, dzielony z Niemcami - sadzac po kosmetykach) na korytarzu. Zrobilysmy z dziewczynami babski wypad za miasto - na dosc opustoszaly targ parasolek i do bardzo ruchliwej fabryki jedwabiu.
Opstrykalysmy jedwabniki we wszystkich stadiach rozwoju, po czym dostawszy kociej mordy przy stoisku z jedwabnymi ciuchami i gadzetami, nie kupilysmy nic. Osiolkowi w zloby dano. Wlasnie, po kilku nieudanych probach, kupilismy bilet lotniczy na Samui (wyspa na poludniu Tajlandii). Poza tym, uporczywie probujemy zarezerwowac na jutro trekking do wodospadow ze sloniami i raftingiem.
wtorek, 12 stycznia 2010
Bangkok-Ayutthaya
O 7 rano wsiedlismy do busa, ktory przywiozl nas do najwiekszego w XVII wieku miasta na swiecie - 1-milionowej (Londyn byl wtedy 2x mniejszy) Ayutthai. Po owczesnym imperium zostaly tylko niewielkie kupki cegiel i dolne polowki posagow Buddy.
Po kupieniu biletow PKP na jutro i zostawieniu na dworcu plecakow rozklekotany promik przewiozl nas przez rzeczke do starego miasta gdzie po pierwsze wypozyczylismy rowery. Jezdzilysmy z dziewczynami na pieknych rowerach "Hello Kitty", ktore sa oczywiscie rozowe. Cudny byl lokalny bazarek. Szczury wypasione jak duze lisy, a koty wielkosci malych niedzwiedzi.
Jedzonka do wyboru - zaby zywe, wypatroszone, weze, wegorze, matwy, osmiornice, ryby wszelkiej masci, krewetki, owoce, krowie placki, pluszowe buraki...
Dzis w nocy czeka nas wyzwanie - nocna podroz pociagiem siedzacym do Chiang Mai - 12 h. Jak przezyjemy, bedzie ciag dalszy. Buziaki
niedziela, 10 stycznia 2010
Angkor Wat
Wczoraj przed zachodem slonca - walka o miejsce w kolejce po bilet z banda dzikich samurajow ;) Ostatnie promienie slonca w srodku dzungli - swiatynia Angkor Wat, dzikie piski malp, swierszczy - bzykaja do bolu uszu. ![]() ![]() Jezdzilismy rowerem - zrobilismy "little circle" i na te pogode - wystarczy. Jest kurewski upal. Dzisiaj ze trzy razy myslelismy, ze udaru dostaniemy. Gdyby nie moczenie koszulek, spryskiwanie sie woda i jej zlopanie, nie pisalibysmy teraz... ;-) Swiatynie bardzo bardzo. Tlumy turystow mniej, ale czasem idzie wytrzymac, jak sie pojdzie tam, gdzie "no entry" albo ktos przez pomylke zapomnial postawic takiej tabliczki. Niestety wszystko sie wali w ruine. Probuja ratowac, ale czarno wyglada dziedzictwo Khmerow. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Miejscowe malpy (znacznie milsze niz te gibraltarskie) wyjadaly nam dzisiaj owoce z koszyka rowerowego, z wielkim wdziekiem. ![]() Siem Reap okazalo sie bardzo przyzwoite, jest gdzie zjesc, wypic, powloczyc sie. Jutro o 7 rano ponoc mamy autobus do Bangkoku po 7$ od lba. Bedziemy zadowoleni, jak zajedziemy za to do granicy (taksowka w te strone - najmarniej po 12$ od lba z granicy).
sobota, 09 stycznia 2010
Siem Reap
Wczoraj szybka pobudka o 6.30. Bus spod hotelu do granicy w Poi Pet. ![]() Dosc dluga przeprawa graniczna i juz okolo poludnia bylismy w Kambodzy. Jeszcze tylko 3,5 godziny w taksowce z Australijczykiem i Amerykaninem, ktory nas poil piwem i bylismy w Siem Reap. Kierowca zawiozl nas do hostalu "Hilton" (po 6 USD per capita), w ktorym, jak sie okazalo, nie starczylo dla nas miejsc. Trzeba wiec bylo, oganiajac sie od kierowcow tuk-tukow, ruszyc z kapcia kilka kilosow w poszukiwaniu noclegu i naszych kolezanek. Trzecia proba wynajecia pokoju zakonczyla sie pelnym sukcesem. Znalezlismy hotel 100 metrow od hotelu dziewczyn za zawrotna cene 5 USD za noc za pokoj. Hotel malo uzywany - ostatni gosc wpisany w ksiazke hotelowa mieszkal tu we wrzesniu :)) Po krotkim spacerku po miescie by night spotkalismy sie z dziewczynami, zeby umowic sie na dzis na 6 rano na rowerowe zwiedzanie swiatyn Angkor Wat. Niestety jet lag dal o sobie mocno znac i zwleklismy sie z wyra okolo 9. Wskoczylismy na "rumaki" i ruszylismy na podboj miejscowego bazaru (mniej wiecej wielkosci naszego sp. stadionu). ![]() Po zakupie 5 gatunkow liczi-podobnych owocow przeploszylismy zawstydzonych miejscowych z baru XVII kategorii, gdzie spozylismy obfity posilek. ![]() Potem udalismy sie w dzielnice rozrywki lokalnej. Tam - kolejny kolorowy bazar, tym razem w wersji exclusive (drinki po 3 dolary) i deptaczki usiane knajpami. Po kolejnym obfitym posilku wracamy na chwile do pokoju, coby splukac wielkomiejski kurz i odswiezyc sie nieco po przejazdzce w trzydziestoparostopniowym upale, przed 16 ruszamy zapoznac sie z dziedzictwem Khmerow - kupujemy bilety po 20 dolkow na jutro, do ktorych dzisiejszy zachod slonca gratis. ![]() Jutro od rana juz na 100% od switu do zmierzchu bedziemy przedzierac sie przez dzungle jak Lara Croft. Na pojutrze planujemy podroz powrotna do Bangkoku. Sijanara (majorowe dla pamieci: KC Guesthouse Bangkok, Sunrise Siem Reap, Wat Bo str., Khmer Rouge, Pol Pot, Ieng Sara, general Long Nol, ksiaze Norodom Sihanouk, Kampucza, motyki)
czwartek, 07 stycznia 2010
Bangkok
Pachnie Azja, upal mocno kontrastuje z zaspami na Szeremietiewie. Pierwszy tajski posilek zaliczony, bedzie dobrze :))) Co druga witryna to "Dental Clinic" - full wypas, sklepy z chinszczyzna sa prawdziwym rajem dla badziewiarzy, wiec szybciutko dopelnimy bagaze do przepisowych 20 kg na pysk (na Okeciu mielismy po 10-12). Kolorowe szmaty wala po oczach, wszedzie pachnie jedzonkiem i czyms, poki co, niezidentyfikowanym. Poki co, u nas minelo poludnie, a nie spimy od wczorajszego ranka, czyli jakies 24 godziny, wiec czas sie przepluskac i isc w kimono.
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||